Kategorie
Wywiad

Rozmowa z Oskarem (PRO8L3M)

Rozmowa z kwietnia 2018 roku, a teraz publikowana po raz pierwszy.

Z Oskarem spotykam się w studio PRO8L3Mu na Żoliborzu. Kilka miesięcy wcześniej poznajemy się w drzwiach. Otwieram, myśląc, że to kurier. A to Oskar. Siema, siema. E. Zaskoczenie. Wracamy do swoich biurowych spraw – tak, raperzy też mają swoje biurowe sprawy. Młodzi pisarze tym bardziej. Nie wszyscy tylko siedzą w podobnych konfiguracjach w mieszkaniu na Mickiewicza. Ale my siedzieliśmy. Potem O. pojawia się rzadko, za to pojawia się Steez i kiedy mu mówię, że o ich duecie piszę pracę dyplomową, przekierowuje mnie do MC.
Teraz, w kwietniowe popołudnie witam się z Oskarem jak należy. Już nie przelotem i nie zaskoczeniem, a mocnej dłoni uściśnięciem. Badamy się wzrokiem, no i wbijamy do kameralnego studio, w którym powstały kawałki takie jak Molly, 2040 czy Tori Black. Sztos. Oskar zaskakuje mnie uśmiechem i autentyczną uprzejmością. Wypijamy kawę i lecimy z tematem:

SARMINI: W mojej pracy na Wasz temat szczególnie interesują mnie dwa pojęcia. Narracja i wyobraźnia. Narracja rozumiana jako to co przeżyte, doświadczone i następnie ubrane w kanwy opowieści – takiej jaką się pisze, opowiada ziomkowi lub w kawałku.

Wyobraźnia to coś co mogłoby się wydarzyć, co sobie wyobrażamy na podstawie doświadczeń – nie jest to zupełnie od nas oderwane, choć może zdawać się nieprawdopodobne. Ty w swoich numerach – szczególnie storytellingach, wyraźnie zdajesz się rozgraniczać te dwa światy. Od C30-C39, które jest płytą mocno „narracyjną” – mamy tam Tiramisu, Letnie przesilenie, Dwa trzynaście – jednym słowem kawałki oparte na osiedlowej rzeczywistości, po Hack3d by Gho5t, gdzie numery takie jak Michael de Santa czy tytułowe Hack3d, w których gra wyobraźni staje się jasna.

Kiedy wcielasz się w rolę rozrzutnego biznesmena w Dr Melfi to jest to postać zupełnie wykreowana? Wydaje się, że znajdą się między Wami wspólne rysy.

OSKAR: Jeśli chodzi o imaginację wszystko co jest dalej niż mój współczesny wiek, jest wyobrażone. Jak dr. Melfi czy 2040, w których podmiot liryczny jest dojrzałym człowiekiem.

Głównie przyjmuję role. Jednak dla mnie to kwestia szczerości. Cięzko jest przyjąć rolę kogoś kim się nie jest i jednocześnie pozostać szczerym. Postaci, w które się wcielam są przedłużeniami moich doświadczeń przetworzonych przez moją imaginację. Co by było, gdyby postać, którą jestem teraz poszła w jakąś inną stronę. Tak to traktuję.

Albo kim ta postać będzie za 22 lata.

Akurat w 2040 ten podmiot liryczny jest niewyraźny. Ta postać jest dla mnie beznamiętnym obserwatorem, takim, w którego każdy mógłby się wczuć. Bohater nie bierze używek, nikogo nie zabija, ani też nie prowadzi działalności charytatywnej – dla mnie jest to postać mocno uśredniona. Ten kawałek jest mocno abstrakcyjny – i tak wymaga od słuchacza, by wczuł się w klimat 2040 roku. Gdyby dołożyć do tego jeszcze charakterną postać, słuchacz mógłby tego nie unieść.

Ja tam jednak dostrzegam sporo implikowanych informacji na temat podejścia bohatera do świata. Zresztą samo intro sugeruje, że stykamy się tutaj z Tobą. „Wywołaj Oskar”. Dalej „czerń brudu kontra festyn newsów”, przeszczepy są dla „baranów” a wolność w sieci to „pi ar”, bohater nie jest zaślepionym konsumpcją korpoludkiem, a nonkonformistą obnażający medialny fałsz, jak w wielu Twoich kawałkach.

Wydaje mi się, że każdy świadomy człowiek zdaje sobie sprawę z medialnych manipulacji. Zwyczajną niemożliwością jest, aby każdy kierowany do mas przekaz był prawdą. Nikt nie rządzi z altruistycznych pobudek, jednak ich celem jest przekonanie nas do tego, że tak właśnie jest. Jestem sceptykiem, ale nie anarchistą. Bo jeśli wierzysz w to wszystko beznamiętnie, no to chyba kurwa się mylisz.

W jaki sposób wygląda Twoja praca nad numerami czy szerzej albumem? Piszesz co dnia, czy dzielisz to w czasie?

Jak piszę rzeczy to pracuję okresami. Albo siedzę w tym bardzo mocno przez cały czas, albo wcale. Oczywiście w międzyczasie robię coś rapowego, dla nazwijmy to „podtrzymania”, ale to nie jest tryb, który pozwala mi na zrobienie czegoś kreatywnego. Sam tworzysz, więc wiesz, jak to jest. Przypuszczam, że napisanie książki to setki godzin. Kiedy ja siadam to spędzam nad tym całe dnie. Przerywam to drobnymi czynnościami: jedzeniem, czy postaniem pod klatką i pogadaniem z kimś, kawą albo rowerem. Ale oprócz tego tak układam dnie, aby nie mieć niczego innego na głowie. To jest skuteczna dla mnie metoda. Niezależnie od tego czy Steez jest czy nie, mój tryb pracy się nie zmienia. Żeby pracować trzy godziny to potrzebuję ośmiu, a resztę się opierdalam. Jakbym się nie opierdalał, tylko przez pozostałe pięć coś robił to potem bym nie usiadł do tego. A ja po prostu potrzebuję dużo czasu na opierdalanie się – taki mam ten tryb.

Dlaczego widzimy się akurat tutaj? Piszesz w studio czy w innych miejscach?

Szczerze to mało czasu spędzam w studio. Tylko tu nagrywam, a ostatnio musiałem nagrywać sam. Wtedy nie masz żadnego lustra, w którym mógłbyś odbić czy to jest dobre czy złe. Przez pierwsze kilka razy masz świadomość dobrej czy złej nawijki. Ale jak nagrywasz to pięćdziesiąt razy to wrażenie się zaciera. Nie wiesz już czy to jest fajne czy nie. Bania się tak wczuła na tych zakrętach, które są newralgiczne, że przelatujesz na nich trochę dobrze, trochę źle, jeden chuj. Więc musisz wyjść tam, przejść się, pogadać z kimkolwiek, wrócić za pół godziny i wtedy nabrać świadomości, więc to też zabiera dużo czasu.

Bohater mojej książki – Czarny Kajet, w pierwszym rozdziale siada do napisania numeru, ale go coś rozprasza co chwila. O podobnych doświadczeniach nawijał Małolat i Mes w numerze „Piszę tekst” czy np. Sokół na „ZEN”. Jak to u Ciebie wygląda?

Wiem, że wielu ludzi odcina się od internetu, od telefonu, muszą siedzieć w zamknięciu. Ja nie, ja mam wyjebane, często napiszę jedno słowo, czy dwa słowa. Wracam, coś dopiszę. Akurat teraz jestem w trakcie pisania kawałka, więc leży taki rozgrzebany. Nie piszę longiem – od początku do końca. Nie. Napiszę pięć wersów, wiem, że one gdzieś tam będą w tle, ale dalej bo na początek mi nie pasują. Jeszcze nie wiem jak ta historia się potoczy, ale jakoś to skleję, że jakoś to się dojdzie. Dowiaduję się co się będzie działo, wymyśliłem to po pół godziny siedzenia, i cieszę się, wiem, że już będzie zajebiście. Mam początek drugiej zwrotki, wiem, że będzie zajebista, ale jeszcze ślęczę nad początkiem.

Wiesz o czym napiszesz zanim do tego usiądziesz, czy okazuje się w trakcie?

Wydaje mi się, że w trakcie, bo jednak, opowiedzenie czegoś rymami, a opowiedzenie „normalnie” to są dwie różne rzeczy. Jak mówisz normalnie to inne rzeczy decydują o tym, że to będzie fajne. Opowiadasz jakąś historię ziomkowi, no to w odpowiednim momencie, użyjesz dwa razy „kurwa” i to jest już fajne, wiesz o co chodzi. Albo dasz jakąś puentę. Pewne zestawienie słów decyduje, że to może być fajne, ale też może zepsuć historię. Z drugiej strony kiedy opisuję, jakieś rzeczy, które się stały to wiem jak to będzie, ale z reguły nie wiem, które fakty będą tam powiedziane, a które nie. To jak w 2040 – wymyśliłem do tego wiele rzeczy, które mogą dziać się w przyszłości i powkładałem do tego kawałka jak mi pasowało. Ale już np. TEB-200 – ta historia się wydarzyła, ale rzeczy, które tam nawkładałem, były też zaczerpnięte z innych historii. Bo wyjściowa, klamrowa sytuacja jest krótka, jakiś gość, czy ja – no nie, właśnie nie pisałem o sobie, bo nie chciałem aby ktoś myślał, że to ja jestem taki pojebany.

Powiedzmy, że skitrasz coś, nie wiesz, gdzie to jest, trwa 10 minut zanim się ogarniesz. Dodałem retrospekcję, ubrałem w mundur innej historii i wyszło fajnie. Zatem piszę jak czuję, nie robię żadnych scenariuszy. Jeśli chodzi o płyty, czyli większe spectrum, teraz mówię o LP. Na początku napisałem pięć kawałków i one były na tej drabinie czasu, w różnych miejscach. Ale jak już je miałem, wtedy dopiero wyczuliśmy, że można by z tego zrobić koncept. Ostatnie trzy numery kompletowały tę historię. I wtedy faktycznie pisałem to co było potrzebne, żeby ten materiał dopiąć.

Ale poza tym uważam, że odgórne założenia mogą psuć ten artyzm. Nie chcę się tu uważać za jakiegoś wielkiego artystę, ale wydaje mi się, że pewna wolność jest potrzebna.

Często piszę o jednym i zmieniam to w trakcie, napiszę 4,5 wersów, one niby siedzą w tej historii, ale pasują też do innej. Traktuję to trochę jak puzzle. Mam w bani rym, który coś opowiada – zapisuję to na boku, zbiera się takich kilka, a potem układam to tak aby mi się skleiło. Oczywiście zmieniam sens, ale nieraz wystarczy zmienić rzeczownik czy czasownik, aby było o czymś innym. Dla mnie to jest kwestia zabawy. Trzeba mieć świadomość żeby to było dobre i być gotowym na poświęcenie czasu. Czasem siedzę kilka godzin i nic nie powstaje. Najlepiej byłoby się włączyć w taki mode pstryknąć palcami i złapać wenę, ale tak nie jest. Robisz to wtedy, kiedy masz czas, chyba, że tak ułożyłeś swoje życie, że masz cały czas czas, wtedy po prostu siedzisz i jak pstryknie to zaczynasz pisać. Ja natomiast uznałem, że lepsze jest parcelowanie. Jak nie idzie to zabieram się za inną czynność, ale myślami dalej jestem obok kawałka. Więc szukam tego napływu weny. Zauważyłem, że jak coś mam zaraz zrobić, np. ktoś czeka na mnie na dole to wtedy nagle mam w chuj zajebistych myśli i wtedy mi to łatwo przychodzi. „Zaraz zejdę, zaraz zejdę”. Ale jak mam w chuj wolnego czasu to wtedy nie mogę nic napisać. (śmiech)

Piszesz jakąś prozę?

Zastanawiałem się nad napisaniem książki z elementami autobiografii, ale to raczej plan na przyszłość. Zdaję sobie sprawę, zawsze można robić inną muzykę, można pisać komuś teksty itd. Wydaje mi się, że rap jest do pewnego momentu fajny w życiu. Nie chcę tu stawiać jakiegoś limitu wiekowego, bo widzę, że są ludzie po 40-tce i dalej napierdalają, ale wydaje mi się, że to takie już świeże nie jest. Jest owszem kilku raperów, ale powiem Ci szczerze, nie wiem kogo chciałbym dzisiaj 40-letniego posłuchać.

Sokoła?

Może, ale nie ze względu na muzyczne wartości, tylko na liryczne. Ja osobiście bardziej się jaram świeżymi rzeczami, wiesz są pewne limity do zrobienia. Można nawijać pewnie bardzo fajnie do tempa 90 (BPM), oldskulowo na modłę lat 90-tych, ale to już się znudziło. Ja nie puszczam sobie dzisiaj 2PACA, chociaż jest zajebisty, no ale po chuj mam to puszczać. Ja wolę sobie dzisiaj posłuchać Young Thuga, wiesz o co chodzi? To jest inna muzyka przecież. To nawet nie jest rewolucja, to jest coś innego. Jak rock i metal. Też gitary i określone tempo, ale to jest co innego. Dzisiaj wolę słuchać tego powiedzmy „metalu” niż „rocka”.

Może będę na tyle kreatywny, że będę mógł robić to jak chcę, ale w pewnym momencie stwierdzę, że mam dość. Pewnie jeszcze wydamy parę płyt. Ja późno też zacząłem, więc się nie wyekspoatowałem, w wieku lat nastu. W wieku lat nastu to ja się co najwyżej najarałem (śmiech). Więc pewnie mam w sobie pokłady na jeszcze kilka płyt. Ale potem nie chciałbym tego rzeźbić w ten sam sposób. Chociaż to może mnie się wydaje, że robię coś innego, a patrząc z boku to jest podobnie, niewiem.

Na pewno wszystkie wasze nagrywki przenika jakaś jedna myśl: buntu, ninkonformizu, „raperskiego etosu”. Takie rzeczy jak opisywanie przeżyć z kobietami, psychodeliczne tripy (kiedyś Strumień teraz Golden) już się wcześniej pojawiały. Teraz je rozwijasz.

Strumień bardzo mi się podoba chłopie, jaram się też układem rymów, który pewnie dla odbiorcy jest mniej ważne. Tam jest zajebiście to zrobione, trudno to trochę wytłumaczyć, ale tempo jest 4/4, rap to są ósemki. Na każdy werberl, czyli na każde 4 (czwarte wybicie kończące jedną sekwencję tempa przyp. red.) jest trzecia ósemka od końca. W każdym razie jest tam dziwna podziałka i bardzo się nią jaram. Oczywiście sama historia też jest zajebista, ale mówię, dla mnie też są istotne aspekty techniczne. Bardzo się jaram tym Na audiencji wydaje mi się, że to jest kwintesencja rapu. To jest prosty rap, ale układy rymów bardzo mi się w nim podobają, to jest taki kawałek, że jak go napisałem to myślę: „kurwa, zawsze chciałem taki kawełk zrobić”. I nawet żebym go nawijał w przyspieszonym tempie to by mi się podobało. Nie to, że się kurwa tasuję pod swoje kawałki, ale kurwa jak je nawijam to nawet na scenie stojąc myślę sobie „kurwa, zajebiście to jest napisane” (śmiech).

A wracając do tego co na przyszłość… śpiewać jak Marek Dyjak… Znasz Marka Dyjaka?

Nie. (teraz już znam – przyp. red.)
Śpiewa jakieś tam smutne pierdoły…

Na Puerto Rico ten twój śpiew, choć od niechcenia wyszedł zaskakująco dobrze.
Tak, to miało być od niechcenia. Po pierwsze pastisz liryczny, a po drugie nie czuję sie jeszcze na tyle silny by robić arcydzieło muzykalne, oczywiście w kontekście zwykłej piosenki. Aczkolwiek jest to jakiś kierunek, w którym mógłbym pójść. Wydaje mi się, że te wstawki śpiewane będą, bo podoba mi się to po prostu, jest to jakieś uatrakcyjnienie. Obecnie mam w głowie kilka nowych pomysłów jak powinienem swoje kolejne kawałki poprowadzić i to jest ta przyczyna, dla której stwierdzam, że mogę zrobić jeszcze kilka świeżych rzeczy. Kilka płyt pewnie.
Jak wiesz, nie używam żadnego wsparcia cyfrowego do swoich wokali. Autotune ma 8 lat, takie pierwsze kawałki powstawały w 2008 czy 2009 roku no to kurwa. W Polsce od 2 lat jest bum na to, ale w Stanach to trwa i trwa od lat. Do czego dążę… kiedyś żeby zagrać muzykę to musiałeś 20 lat ćwiczyć na fortepianie, aby wystąpić. A co która osoba się uczyła grać na instrumencie, co tysięczna, co dziesięciotysięczna? I dopiero spośród nich rodziły się talenty, które potrafiły robić muzykę. Kozacką. Chopin i tak dalej. Ci którzy nie dostali szans od losu, nigdy się nie ujawnili. Obecnie każdy może robić muzykę, bez specjalnej nauki.
Masz na myśli to, że muzyka się demokratyzuje, szczególnie rap.

Tak dokładnie.

Może nawet za bardzo…
Czasem tak. Bo jeszcze odbiorcy nie mają tego filtra, może nigdy nie będą mieli. Przez to wiele się prześlizguje gówna. Ale o co chodzi. Tworzenie bitów to pewnie prostsza rzecz niż komponowanie symfonii, czyli możesz po roku nauki nauczenia się DAWów (digital audio workstation przyp. red. ) i syntezatora trochę, napierdalać kozackie rzeczy, takie których cały świat chce słuchać. Tak samo jest tutaj. Rap… to jest proste jak skurwysyn. Jakbyśmy teraz usiedli to byśmy napisali razem kawałek i pewnie po dwóch dniach byś go nagrał i brzmiałby normalnie. Chociaż kiedyś kogoś uczyłem to trzeba jednak parę tygodni ponawijać, ale dosyć szybko. A biorąc pod uwagę możliwości edycyjne. Autotuny, przestawianie zgłosek. Nagrałbyś, ja bym posiedział nad tym godzinę i pewnie by to jakoś brzmiało, więc wiesz. To oczywiście dygresja. Ale zauważyłem, że to wszystko dąży do uproszczeń, do demokratyzacji całego nurtu, zwłaszcza w rapie. Zatem talent będzie tkwił w czymś innym. Bo nagrać wszyscy będą mogli tak jak będą chcieli. Będziesz mógł stanąć przed mikrofonem coś tam posylabizować, poprzestawiać to i będzie to brzmiało, ale to czy będzie to fajne czy niefajne będzie wynikało z tego czy jesteś fajną osobą, czy ma charyzmę, czy masz kurwa tatuaże i zielone włosy. (śmiech) Wiesz, w rapie liczy się też show.

Wy obraliście inną drogę. Owszem show na koncertach, ale prywatnie pozostajecie w cieniu.
Tak, my chcemy się od tego odcinać. Obecnie to showmani, gameplaeyowcy, robią to, bo to jest dzisiaj zajebiście proste.

A jak w odbiorcach działa filtr?

Ten filtr nie będzie filtrować najlepszych muzyków a najlepsze postacie. Nie wiem czy mi to odpowiada. Mam tylko nadzieję, że muzyka przetrwa. Muzyka jako true skill.
To oczywiście myśl abstrakcyjna jak w 2040, ale żeby kiedyś nie było tak, że wciśniesz enter i to co napiszesz samo się układa i jest z tego kawałek, a ty tylko wychodzisz na scenę i świecisz pyskiem, bo jesteś fajny i wszyscy chcą cię oglądać, wiesz o co chodzi. Bo taki jest drugi biegun, do którego to dąży.

Z tego co mówisz, irytuje cię kilka rzeczy czy osób na scenie, a jednak nie uprawiasz bragga, jak większość raperów. Skąd taki wybór?

Ja nie nawijam o rapie w ogóle. Wydaje mi się, że to jest oczywiste. Nawijam przecież i to słychać. Ja rozumiem ten nurt, on istnieje w rapie od początku. Mnie wydaje się to nieciekawe przede wszystkim. Ja często słucham czarnuchów, nazwijmy to. Oczywiście rozumiem o czym nawijają, ale mnie interesują wyłącznie aspekty muzyczne, a pierdoli mnie to o czym oni nawijają. Wiesz często to są idiotyczne rzeczy, przegłupoty, no arcy kurwa bzdury. Jestem wyczulony na bzdury powiem ci szczerze, dlatego często nie mogę sluchać… nie chciałbym tu po imieniu wymieniać, ale polskich wykonawców. Bo w rapie to jeszcze jakoś brzmi. Ale jak spojrzysz sobie na ten tekst zapisany i go zaczniesz czytać to przecież kurwa co tam się dzieje. To jest taka grafomania, że mnie byłoby wstyd. Łatwo to zweryfikować czytajać ten tekst. „Kocham cię kurwa kochanie, gwiazdy na niebie.” Człowieku wiesz o co chodzi. (śmiech)

(…)

Siedziałem na chacie i słuchałem PRO83Lmu…
PRO8L3M to aż tyd czasem puścić. Przypał (śmiech)

i oglądam rodzinkę kopiącą piłkę. Koleś podaje synowi, ale ciągle gada przez telefon. A Ty nawijasz: „i tak do usranej już śmierci, niżsi, coraz szersi, ewentualnie w dół piersi”. Wtedy obrazek nie prezentował się zbyt kolorowo, ale następnie poleciał „Cesarz”: „siedzę na chacie jak cesarz” i wszystko nabrało barw; także jest to kwestia nastawienia i sposobu opowiedzenia o temacie.

Tak, ale też ten numer, o którym wspominasz jest bardziej o gościu, takim 30-to, 50-letnim, który jest już kurwa łysy, gruby, jara szlugi. Nie zrobił w życiu nic co chciał zrobić i zaczyna mnieć świadomość, że już trochę kurwa za późno. Oczywiście nigdy nie jest za późno natomiast są pewnie takie momenty w życiu każdego, że czegoś nie robi, bo stwierdza, że jest za późno. Nigdy nie jest. Myślenie, że „jest za późno” to jest największy błąd ludzkości. „Nie, już nie ma sensu. Nie nauczę się języka, nie pójdę do szkoły, nie powiem, że ją kocham itd.” (dzwoni telefon)

Ja pierdolę, nie odbieram telefonu. Dobra, czekaj, bo Steez dzwoni.
– No co tam mordo, tak szybciutko, bo tutaj akurat rozmawiamy.
– …

Co robiłeś na rok przed C30-C39. Był Dobry Towar, wydaliście jedną płytę.
Wydaliśmy jedną, ale zrobiliśmy trzy. Podstawą były takie kasetowe nagrania. A ja pracowałem normalnie. Obecnie dla młodych raperów, rap jest wybawieniem od niebytu. Albo od pójścia do roboty do TESCO. Dla mnie nie był, bo ja miałem wszystko… Naczy wszystko… Miałem lata, że coś mi się pojebało, ze dwa czy trzy. Ale potem to powiązałem, że udało mi się z tego wyjść. Wiadomo, pewnie można było lepiej, ale tak to wiesz normalnie pracowałem w jakiejś robocie. Byłem ekspertem od czegoś. Radziłem sobie normalnie w życiu, bezproblemowo. To był świadomy wybór. Może dlatego miałem z tym dużo wolności.

To nie było: „rap to moja jedyna szansa…” Co już zauważałem przy Waszej pierwszej płycie, na dwa trzynaście. Gdzie choć nawijasz o osiedlowej rzeczywistośći, nie ma w tym ani krzty desperacji czy chęci espakipzmu poprzez karierę muzyczną.

Ja nigdy z tych blokowisk nie chciałem wychodzić przede wszystkim. To taka retoryka ze Stanów, że dla nich rap to ucieczka z getta. Ale u nas nie ma kurwa żadnych gett, nie ma z czego uciekać.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?
(…)

Od czerwca będę w studio codziennie. Jednego dnia będę pisać, a drugiego to nagrywać. Będę wpadał w ten tryb robienia tylko tego. Po to aby się wyrobić z płytą. A, że chcę ją zrobić na listopad, maksymalnie grudzień to potrzebuję już w to wpaść. W weekend kończy się trasa. Pojadę na małe wakacje, żeby się odciąć, może na deskę w Alpy. Nigdy jeszcze nie jeździłem latem.

Tylko wartościowe treści