Kategorie
Wywiad

Rozmowa z Oskarem (PRO8L3M)

Rozmowa z kwietnia 2018 roku, a teraz publikowana po raz pierwszy.

Z Oskarem spotykam się w studio PRO8L3Mu na Żoliborzu. Kilka miesięcy wcześniej poznajemy się w drzwiach. Otwieram, myśląc, że to kurier. A to Oskar. Siema, siema. E. Zaskoczenie. Wracamy do swoich biurowych spraw – tak, raperzy też mają swoje biurowe sprawy. Młodzi pisarze tym bardziej. Nie wszyscy tylko siedzą w podobnych konfiguracjach w mieszkaniu na Mickiewicza. Ale my siedzieliśmy. Potem O. pojawia się rzadko, za to pojawia się Steez i kiedy mu mówię, że o ich duecie piszę pracę dyplomową, przekierowuje mnie do MC.
Teraz, w kwietniowe popołudnie witam się z Oskarem jak należy. Już nie przelotem i nie zaskoczeniem, a mocnej dłoni uściśnięciem. Badamy się wzrokiem, no i wbijamy do kameralnego studio, w którym powstały kawałki takie jak Molly, 2040 czy Tori Black. Sztos. Oskar zaskakuje mnie uśmiechem i autentyczną uprzejmością. Wypijamy kawę i lecimy z tematem:

SARMINI: W mojej pracy na Wasz temat szczególnie interesują mnie dwa pojęcia. Narracja i wyobraźnia. Narracja rozumiana jako to co przeżyte, doświadczone i następnie ubrane w kanwy opowieści – takiej jaką się pisze, opowiada ziomkowi lub w kawałku.

Wyobraźnia to coś co mogłoby się wydarzyć, co sobie wyobrażamy na podstawie doświadczeń – nie jest to zupełnie od nas oderwane, choć może zdawać się nieprawdopodobne. Ty w swoich numerach – szczególnie storytellingach, wyraźnie zdajesz się rozgraniczać te dwa światy. Od C30-C39, które jest płytą mocno „narracyjną” – mamy tam Tiramisu, Letnie przesilenie, Dwa trzynaście – jednym słowem kawałki oparte na osiedlowej rzeczywistości, po Hack3d by Gho5t, gdzie numery takie jak Michael de Santa czy tytułowe Hack3d, w których gra wyobraźni staje się jasna.

Kiedy wcielasz się w rolę rozrzutnego biznesmena w Dr Melfi to jest to postać zupełnie wykreowana? Wydaje się, że znajdą się między Wami wspólne rysy.

OSKAR: Jeśli chodzi o imaginację wszystko co jest dalej niż mój współczesny wiek, jest wyobrażone. Jak dr. Melfi czy 2040, w których podmiot liryczny jest dojrzałym człowiekiem.

Głównie przyjmuję role. Jednak dla mnie to kwestia szczerości. Cięzko jest przyjąć rolę kogoś kim się nie jest i jednocześnie pozostać szczerym. Postaci, w które się wcielam są przedłużeniami moich doświadczeń przetworzonych przez moją imaginację. Co by było, gdyby postać, którą jestem teraz poszła w jakąś inną stronę. Tak to traktuję.

Albo kim ta postać będzie za 22 lata.

Akurat w 2040 ten podmiot liryczny jest niewyraźny. Ta postać jest dla mnie beznamiętnym obserwatorem, takim, w którego każdy mógłby się wczuć. Bohater nie bierze używek, nikogo nie zabija, ani też nie prowadzi działalności charytatywnej – dla mnie jest to postać mocno uśredniona. Ten kawałek jest mocno abstrakcyjny – i tak wymaga od słuchacza, by wczuł się w klimat 2040 roku. Gdyby dołożyć do tego jeszcze charakterną postać, słuchacz mógłby tego nie unieść.

Ja tam jednak dostrzegam sporo implikowanych informacji na temat podejścia bohatera do świata. Zresztą samo intro sugeruje, że stykamy się tutaj z Tobą. „Wywołaj Oskar”. Dalej „czerń brudu kontra festyn newsów”, przeszczepy są dla „baranów” a wolność w sieci to „pi ar”, bohater nie jest zaślepionym konsumpcją korpoludkiem, a nonkonformistą obnażający medialny fałsz, jak w wielu Twoich kawałkach.

Wydaje mi się, że każdy świadomy człowiek zdaje sobie sprawę z medialnych manipulacji. Zwyczajną niemożliwością jest, aby każdy kierowany do mas przekaz był prawdą. Nikt nie rządzi z altruistycznych pobudek, jednak ich celem jest przekonanie nas do tego, że tak właśnie jest. Jestem sceptykiem, ale nie anarchistą. Bo jeśli wierzysz w to wszystko beznamiętnie, no to chyba kurwa się mylisz.

W jaki sposób wygląda Twoja praca nad numerami czy szerzej albumem? Piszesz co dnia, czy dzielisz to w czasie?

Jak piszę rzeczy to pracuję okresami. Albo siedzę w tym bardzo mocno przez cały czas, albo wcale. Oczywiście w międzyczasie robię coś rapowego, dla nazwijmy to „podtrzymania”, ale to nie jest tryb, który pozwala mi na zrobienie czegoś kreatywnego. Sam tworzysz, więc wiesz, jak to jest. Przypuszczam, że napisanie książki to setki godzin. Kiedy ja siadam to spędzam nad tym całe dnie. Przerywam to drobnymi czynnościami: jedzeniem, czy postaniem pod klatką i pogadaniem z kimś, kawą albo rowerem. Ale oprócz tego tak układam dnie, aby nie mieć niczego innego na głowie. To jest skuteczna dla mnie metoda. Niezależnie od tego czy Steez jest czy nie, mój tryb pracy się nie zmienia. Żeby pracować trzy godziny to potrzebuję ośmiu, a resztę się opierdalam. Jakbym się nie opierdalał, tylko przez pozostałe pięć coś robił to potem bym nie usiadł do tego. A ja po prostu potrzebuję dużo czasu na opierdalanie się – taki mam ten tryb.

Dlaczego widzimy się akurat tutaj? Piszesz w studio czy w innych miejscach?

Szczerze to mało czasu spędzam w studio. Tylko tu nagrywam, a ostatnio musiałem nagrywać sam. Wtedy nie masz żadnego lustra, w którym mógłbyś odbić czy to jest dobre czy złe. Przez pierwsze kilka razy masz świadomość dobrej czy złej nawijki. Ale jak nagrywasz to pięćdziesiąt razy to wrażenie się zaciera. Nie wiesz już czy to jest fajne czy nie. Bania się tak wczuła na tych zakrętach, które są newralgiczne, że przelatujesz na nich trochę dobrze, trochę źle, jeden chuj. Więc musisz wyjść tam, przejść się, pogadać z kimkolwiek, wrócić za pół godziny i wtedy nabrać świadomości, więc to też zabiera dużo czasu.

Bohater mojej książki – Czarny Kajet, w pierwszym rozdziale siada do napisania numeru, ale go coś rozprasza co chwila. O podobnych doświadczeniach nawijał Małolat i Mes w numerze „Piszę tekst” czy np. Sokół na „ZEN”. Jak to u Ciebie wygląda?

Wiem, że wielu ludzi odcina się od internetu, od telefonu, muszą siedzieć w zamknięciu. Ja nie, ja mam wyjebane, często napiszę jedno słowo, czy dwa słowa. Wracam, coś dopiszę. Akurat teraz jestem w trakcie pisania kawałka, więc leży taki rozgrzebany. Nie piszę longiem – od początku do końca. Nie. Napiszę pięć wersów, wiem, że one gdzieś tam będą w tle, ale dalej bo na początek mi nie pasują. Jeszcze nie wiem jak ta historia się potoczy, ale jakoś to skleję, że jakoś to się dojdzie. Dowiaduję się co się będzie działo, wymyśliłem to po pół godziny siedzenia, i cieszę się, wiem, że już będzie zajebiście. Mam początek drugiej zwrotki, wiem, że będzie zajebista, ale jeszcze ślęczę nad początkiem.

Wiesz o czym napiszesz zanim do tego usiądziesz, czy okazuje się w trakcie?

Wydaje mi się, że w trakcie, bo jednak, opowiedzenie czegoś rymami, a opowiedzenie „normalnie” to są dwie różne rzeczy. Jak mówisz normalnie to inne rzeczy decydują o tym, że to będzie fajne. Opowiadasz jakąś historię ziomkowi, no to w odpowiednim momencie, użyjesz dwa razy „kurwa” i to jest już fajne, wiesz o co chodzi. Albo dasz jakąś puentę. Pewne zestawienie słów decyduje, że to może być fajne, ale też może zepsuć historię. Z drugiej strony kiedy opisuję, jakieś rzeczy, które się stały to wiem jak to będzie, ale z reguły nie wiem, które fakty będą tam powiedziane, a które nie. To jak w 2040 – wymyśliłem do tego wiele rzeczy, które mogą dziać się w przyszłości i powkładałem do tego kawałka jak mi pasowało. Ale już np. TEB-200 – ta historia się wydarzyła, ale rzeczy, które tam nawkładałem, były też zaczerpnięte z innych historii. Bo wyjściowa, klamrowa sytuacja jest krótka, jakiś gość, czy ja – no nie, właśnie nie pisałem o sobie, bo nie chciałem aby ktoś myślał, że to ja jestem taki pojebany.

Powiedzmy, że skitrasz coś, nie wiesz, gdzie to jest, trwa 10 minut zanim się ogarniesz. Dodałem retrospekcję, ubrałem w mundur innej historii i wyszło fajnie. Zatem piszę jak czuję, nie robię żadnych scenariuszy. Jeśli chodzi o płyty, czyli większe spectrum, teraz mówię o LP. Na początku napisałem pięć kawałków i one były na tej drabinie czasu, w różnych miejscach. Ale jak już je miałem, wtedy dopiero wyczuliśmy, że można by z tego zrobić koncept. Ostatnie trzy numery kompletowały tę historię. I wtedy faktycznie pisałem to co było potrzebne, żeby ten materiał dopiąć.

Ale poza tym uważam, że odgórne założenia mogą psuć ten artyzm. Nie chcę się tu uważać za jakiegoś wielkiego artystę, ale wydaje mi się, że pewna wolność jest potrzebna.

Często piszę o jednym i zmieniam to w trakcie, napiszę 4,5 wersów, one niby siedzą w tej historii, ale pasują też do innej. Traktuję to trochę jak puzzle. Mam w bani rym, który coś opowiada – zapisuję to na boku, zbiera się takich kilka, a potem układam to tak aby mi się skleiło. Oczywiście zmieniam sens, ale nieraz wystarczy zmienić rzeczownik czy czasownik, aby było o czymś innym. Dla mnie to jest kwestia zabawy. Trzeba mieć świadomość żeby to było dobre i być gotowym na poświęcenie czasu. Czasem siedzę kilka godzin i nic nie powstaje. Najlepiej byłoby się włączyć w taki mode pstryknąć palcami i złapać wenę, ale tak nie jest. Robisz to wtedy, kiedy masz czas, chyba, że tak ułożyłeś swoje życie, że masz cały czas czas, wtedy po prostu siedzisz i jak pstryknie to zaczynasz pisać. Ja natomiast uznałem, że lepsze jest parcelowanie. Jak nie idzie to zabieram się za inną czynność, ale myślami dalej jestem obok kawałka. Więc szukam tego napływu weny. Zauważyłem, że jak coś mam zaraz zrobić, np. ktoś czeka na mnie na dole to wtedy nagle mam w chuj zajebistych myśli i wtedy mi to łatwo przychodzi. „Zaraz zejdę, zaraz zejdę”. Ale jak mam w chuj wolnego czasu to wtedy nie mogę nic napisać. (śmiech)

Piszesz jakąś prozę?

Zastanawiałem się nad napisaniem książki z elementami autobiografii, ale to raczej plan na przyszłość. Zdaję sobie sprawę, zawsze można robić inną muzykę, można pisać komuś teksty itd. Wydaje mi się, że rap jest do pewnego momentu fajny w życiu. Nie chcę tu stawiać jakiegoś limitu wiekowego, bo widzę, że są ludzie po 40-tce i dalej napierdalają, ale wydaje mi się, że to takie już świeże nie jest. Jest owszem kilku raperów, ale powiem Ci szczerze, nie wiem kogo chciałbym dzisiaj 40-letniego posłuchać.

Sokoła?

Może, ale nie ze względu na muzyczne wartości, tylko na liryczne. Ja osobiście bardziej się jaram świeżymi rzeczami, wiesz są pewne limity do zrobienia. Można nawijać pewnie bardzo fajnie do tempa 90 (BPM), oldskulowo na modłę lat 90-tych, ale to już się znudziło. Ja nie puszczam sobie dzisiaj 2PACA, chociaż jest zajebisty, no ale po chuj mam to puszczać. Ja wolę sobie dzisiaj posłuchać Young Thuga, wiesz o co chodzi? To jest inna muzyka przecież. To nawet nie jest rewolucja, to jest coś innego. Jak rock i metal. Też gitary i określone tempo, ale to jest co innego. Dzisiaj wolę słuchać tego powiedzmy „metalu” niż „rocka”.

Może będę na tyle kreatywny, że będę mógł robić to jak chcę, ale w pewnym momencie stwierdzę, że mam dość. Pewnie jeszcze wydamy parę płyt. Ja późno też zacząłem, więc się nie wyekspoatowałem, w wieku lat nastu. W wieku lat nastu to ja się co najwyżej najarałem (śmiech). Więc pewnie mam w sobie pokłady na jeszcze kilka płyt. Ale potem nie chciałbym tego rzeźbić w ten sam sposób. Chociaż to może mnie się wydaje, że robię coś innego, a patrząc z boku to jest podobnie, niewiem.

Na pewno wszystkie wasze nagrywki przenika jakaś jedna myśl: buntu, ninkonformizu, „raperskiego etosu”. Takie rzeczy jak opisywanie przeżyć z kobietami, psychodeliczne tripy (kiedyś Strumień teraz Golden) już się wcześniej pojawiały. Teraz je rozwijasz.

Strumień bardzo mi się podoba chłopie, jaram się też układem rymów, który pewnie dla odbiorcy jest mniej ważne. Tam jest zajebiście to zrobione, trudno to trochę wytłumaczyć, ale tempo jest 4/4, rap to są ósemki. Na każdy werberl, czyli na każde 4 (czwarte wybicie kończące jedną sekwencję tempa przyp. red.) jest trzecia ósemka od końca. W każdym razie jest tam dziwna podziałka i bardzo się nią jaram. Oczywiście sama historia też jest zajebista, ale mówię, dla mnie też są istotne aspekty techniczne. Bardzo się jaram tym Na audiencji wydaje mi się, że to jest kwintesencja rapu. To jest prosty rap, ale układy rymów bardzo mi się w nim podobają, to jest taki kawałek, że jak go napisałem to myślę: „kurwa, zawsze chciałem taki kawełk zrobić”. I nawet żebym go nawijał w przyspieszonym tempie to by mi się podobało. Nie to, że się kurwa tasuję pod swoje kawałki, ale kurwa jak je nawijam to nawet na scenie stojąc myślę sobie „kurwa, zajebiście to jest napisane” (śmiech).

A wracając do tego co na przyszłość… śpiewać jak Marek Dyjak… Znasz Marka Dyjaka?

Nie. (teraz już znam – przyp. red.)
Śpiewa jakieś tam smutne pierdoły…

Na Puerto Rico ten twój śpiew, choć od niechcenia wyszedł zaskakująco dobrze.
Tak, to miało być od niechcenia. Po pierwsze pastisz liryczny, a po drugie nie czuję sie jeszcze na tyle silny by robić arcydzieło muzykalne, oczywiście w kontekście zwykłej piosenki. Aczkolwiek jest to jakiś kierunek, w którym mógłbym pójść. Wydaje mi się, że te wstawki śpiewane będą, bo podoba mi się to po prostu, jest to jakieś uatrakcyjnienie. Obecnie mam w głowie kilka nowych pomysłów jak powinienem swoje kolejne kawałki poprowadzić i to jest ta przyczyna, dla której stwierdzam, że mogę zrobić jeszcze kilka świeżych rzeczy. Kilka płyt pewnie.
Jak wiesz, nie używam żadnego wsparcia cyfrowego do swoich wokali. Autotune ma 8 lat, takie pierwsze kawałki powstawały w 2008 czy 2009 roku no to kurwa. W Polsce od 2 lat jest bum na to, ale w Stanach to trwa i trwa od lat. Do czego dążę… kiedyś żeby zagrać muzykę to musiałeś 20 lat ćwiczyć na fortepianie, aby wystąpić. A co która osoba się uczyła grać na instrumencie, co tysięczna, co dziesięciotysięczna? I dopiero spośród nich rodziły się talenty, które potrafiły robić muzykę. Kozacką. Chopin i tak dalej. Ci którzy nie dostali szans od losu, nigdy się nie ujawnili. Obecnie każdy może robić muzykę, bez specjalnej nauki.
Masz na myśli to, że muzyka się demokratyzuje, szczególnie rap.

Tak dokładnie.

Może nawet za bardzo…
Czasem tak. Bo jeszcze odbiorcy nie mają tego filtra, może nigdy nie będą mieli. Przez to wiele się prześlizguje gówna. Ale o co chodzi. Tworzenie bitów to pewnie prostsza rzecz niż komponowanie symfonii, czyli możesz po roku nauki nauczenia się DAWów (digital audio workstation przyp. red. ) i syntezatora trochę, napierdalać kozackie rzeczy, takie których cały świat chce słuchać. Tak samo jest tutaj. Rap… to jest proste jak skurwysyn. Jakbyśmy teraz usiedli to byśmy napisali razem kawałek i pewnie po dwóch dniach byś go nagrał i brzmiałby normalnie. Chociaż kiedyś kogoś uczyłem to trzeba jednak parę tygodni ponawijać, ale dosyć szybko. A biorąc pod uwagę możliwości edycyjne. Autotuny, przestawianie zgłosek. Nagrałbyś, ja bym posiedział nad tym godzinę i pewnie by to jakoś brzmiało, więc wiesz. To oczywiście dygresja. Ale zauważyłem, że to wszystko dąży do uproszczeń, do demokratyzacji całego nurtu, zwłaszcza w rapie. Zatem talent będzie tkwił w czymś innym. Bo nagrać wszyscy będą mogli tak jak będą chcieli. Będziesz mógł stanąć przed mikrofonem coś tam posylabizować, poprzestawiać to i będzie to brzmiało, ale to czy będzie to fajne czy niefajne będzie wynikało z tego czy jesteś fajną osobą, czy ma charyzmę, czy masz kurwa tatuaże i zielone włosy. (śmiech) Wiesz, w rapie liczy się też show.

Wy obraliście inną drogę. Owszem show na koncertach, ale prywatnie pozostajecie w cieniu.
Tak, my chcemy się od tego odcinać. Obecnie to showmani, gameplaeyowcy, robią to, bo to jest dzisiaj zajebiście proste.

A jak w odbiorcach działa filtr?

Ten filtr nie będzie filtrować najlepszych muzyków a najlepsze postacie. Nie wiem czy mi to odpowiada. Mam tylko nadzieję, że muzyka przetrwa. Muzyka jako true skill.
To oczywiście myśl abstrakcyjna jak w 2040, ale żeby kiedyś nie było tak, że wciśniesz enter i to co napiszesz samo się układa i jest z tego kawałek, a ty tylko wychodzisz na scenę i świecisz pyskiem, bo jesteś fajny i wszyscy chcą cię oglądać, wiesz o co chodzi. Bo taki jest drugi biegun, do którego to dąży.

Z tego co mówisz, irytuje cię kilka rzeczy czy osób na scenie, a jednak nie uprawiasz bragga, jak większość raperów. Skąd taki wybór?

Ja nie nawijam o rapie w ogóle. Wydaje mi się, że to jest oczywiste. Nawijam przecież i to słychać. Ja rozumiem ten nurt, on istnieje w rapie od początku. Mnie wydaje się to nieciekawe przede wszystkim. Ja często słucham czarnuchów, nazwijmy to. Oczywiście rozumiem o czym nawijają, ale mnie interesują wyłącznie aspekty muzyczne, a pierdoli mnie to o czym oni nawijają. Wiesz często to są idiotyczne rzeczy, przegłupoty, no arcy kurwa bzdury. Jestem wyczulony na bzdury powiem ci szczerze, dlatego często nie mogę sluchać… nie chciałbym tu po imieniu wymieniać, ale polskich wykonawców. Bo w rapie to jeszcze jakoś brzmi. Ale jak spojrzysz sobie na ten tekst zapisany i go zaczniesz czytać to przecież kurwa co tam się dzieje. To jest taka grafomania, że mnie byłoby wstyd. Łatwo to zweryfikować czytajać ten tekst. „Kocham cię kurwa kochanie, gwiazdy na niebie.” Człowieku wiesz o co chodzi. (śmiech)

(…)

Siedziałem na chacie i słuchałem PRO83Lmu…
PRO8L3M to aż tyd czasem puścić. Przypał (śmiech)

i oglądam rodzinkę kopiącą piłkę. Koleś podaje synowi, ale ciągle gada przez telefon. A Ty nawijasz: „i tak do usranej już śmierci, niżsi, coraz szersi, ewentualnie w dół piersi”. Wtedy obrazek nie prezentował się zbyt kolorowo, ale następnie poleciał „Cesarz”: „siedzę na chacie jak cesarz” i wszystko nabrało barw; także jest to kwestia nastawienia i sposobu opowiedzenia o temacie.

Tak, ale też ten numer, o którym wspominasz jest bardziej o gościu, takim 30-to, 50-letnim, który jest już kurwa łysy, gruby, jara szlugi. Nie zrobił w życiu nic co chciał zrobić i zaczyna mnieć świadomość, że już trochę kurwa za późno. Oczywiście nigdy nie jest za późno natomiast są pewnie takie momenty w życiu każdego, że czegoś nie robi, bo stwierdza, że jest za późno. Nigdy nie jest. Myślenie, że „jest za późno” to jest największy błąd ludzkości. „Nie, już nie ma sensu. Nie nauczę się języka, nie pójdę do szkoły, nie powiem, że ją kocham itd.” (dzwoni telefon)

Ja pierdolę, nie odbieram telefonu. Dobra, czekaj, bo Steez dzwoni.
– No co tam mordo, tak szybciutko, bo tutaj akurat rozmawiamy.
– …

Co robiłeś na rok przed C30-C39. Był Dobry Towar, wydaliście jedną płytę.
Wydaliśmy jedną, ale zrobiliśmy trzy. Podstawą były takie kasetowe nagrania. A ja pracowałem normalnie. Obecnie dla młodych raperów, rap jest wybawieniem od niebytu. Albo od pójścia do roboty do TESCO. Dla mnie nie był, bo ja miałem wszystko… Naczy wszystko… Miałem lata, że coś mi się pojebało, ze dwa czy trzy. Ale potem to powiązałem, że udało mi się z tego wyjść. Wiadomo, pewnie można było lepiej, ale tak to wiesz normalnie pracowałem w jakiejś robocie. Byłem ekspertem od czegoś. Radziłem sobie normalnie w życiu, bezproblemowo. To był świadomy wybór. Może dlatego miałem z tym dużo wolności.

To nie było: „rap to moja jedyna szansa…” Co już zauważałem przy Waszej pierwszej płycie, na dwa trzynaście. Gdzie choć nawijasz o osiedlowej rzeczywistośći, nie ma w tym ani krzty desperacji czy chęci espakipzmu poprzez karierę muzyczną.

Ja nigdy z tych blokowisk nie chciałem wychodzić przede wszystkim. To taka retoryka ze Stanów, że dla nich rap to ucieczka z getta. Ale u nas nie ma kurwa żadnych gett, nie ma z czego uciekać.

Jakie plany na najbliższą przyszłość?
(…)

Od czerwca będę w studio codziennie. Jednego dnia będę pisać, a drugiego to nagrywać. Będę wpadał w ten tryb robienia tylko tego. Po to aby się wyrobić z płytą. A, że chcę ją zrobić na listopad, maksymalnie grudzień to potrzebuję już w to wpaść. W weekend kończy się trasa. Pojadę na małe wakacje, żeby się odciąć, może na deskę w Alpy. Nigdy jeszcze nie jeździłem latem.

Tylko wartościowe treści

Kategorie
Reportaż

Vipassana – kilka słów o technice

Na wstępie zaznaczę, że poniższy tekst nie ma na celu nauczania techniki vipassany – od tego są nauczyciele i wykłady. Aby w pełni skorzystać z dobrodziejstw medytacji należy udać się na 10-dniowy kurs. Ponieważ wiele osób pytało mnie czym tak naprawdę jest vipassana i czym medytacja jej różni się od medytacji choćby w buddyjskich Stupa House umieszczam ten skromny tekst, który w kilku słowach objaśnia czym vipassana jest dla mnie. Wierzę, że zaspokoi on pierwszą ciekawość osób zainteresowanych tematem medytacji, koncentracji i samorozwoju.

Vipassana w języku palijskim oznacza „widzieć rzeczy takimi jakimi są”. Jakie są, wydaje nam się proste już od dziecka. Obiekty np. palisander, pies, pióro wchodzą w kontakt ze zmysłami. Ale na spostrzeżeniu miękkości włosów się nie kończy. Ciało interpretuje dostarczane mu sygnały i ocenia: przyjemne / nieprzyjemne. Smak czekolady: „mmm… bardzo przyjemne”, smak pieprzu rozgryzionego w zupie: „tfu… nieprzyjemne”. Ktoś mnie obraził, zwyzywał? „Bardzo, bardzo nieprzyjemne”.

Ostatecznie sygnały prowadzone są do nieświadomego umysłu (ja lubię go nazywać czarnym umysłem) i tam dokonuje się rozrachunek: na bodziec reagujemy przywiązaniem bądź niechęcią. To w pali nazywa się sankarą. Z każdą chwilą generujemy sankary przywiązania i niechęci: wobec rzeczy, ludzi, czynności, nas samych, wspomnień etc. Niektóre są jakby pisane palcem po wodzie: pojawiają się i w tej samej chwili zanikają. Kolejne to sankary rysowane na piasku: zanikają wraz z nadejściem nocy. Inne zaś, i te są wyjątkowo niebezpieczne są jak blizny ryte w kamieniu. Mijają lata, a czasem nawet całe życie nie wystarczy aby ich się pozbyć. Mimo tego, że są tak niebezpieczne z każdą chwilą pogłębiamy je i generujemy następne. Dlaczego tak się dzieje?

Jest to nieświadoma reakcja umysłu, której genezy należy szukać w rozwoju ewolucyjnym człowieka. Pierwszym zbieraczom-łowcom wiedza o tym co jest przyjemne, a co nie była konieczna do przetrwania. Zjedzenie trującego grzyba, odniesienie rany, odczuwane zimno, to wszystko decydowało o życiu bądź śmierci naszego przodka. Pamięć o tych doświadczeniach (niechęć lub przywiązanie) musiała trwać aby zapewnić przeżycie kolejnym pokoleniom i uniknięciu powtarzania tych samych błędów.

Jednak dziś, kiedy już nie musimy walczyć o przetrwanie, nie na poziomie fizycznym, odczuwanie przywiązania i awersji generuje w nas jedynie cierpienie.

  1. Szlachetna prawda: Istnieje cierpienie

Pomyśl: przywiązujesz się do ukochanej osoby, generujesz wobec niej wielkie ilości pragnień, aż któregoś dnia ona odchodzi i pozbawia Cię źródła przyjemności: cierpisz.

Albo odwrotnie: masz wroga. Wyrządził Ci wielką krzywdę, tak uważasz, generujsz wobec tego człowieka wielkie pokłady nienawiści, awersji, a kiedy spotkasz go na ulicy, masz ochotę napluć mu w twarz. Mówisz sobie: „nigdy mu tego nie zapomnę”, albo jeszcze gorzej: „nie zapomnę mu tego przez siedem wcieleń”. Oh! Jaka to okrutna kara, jakie wielkie cierpienie. Ale nie dla Twojego wroga, tylko dla Ciebie.

Tak jak mówiłem wcześniej: wobec każdego doznania, wielkiego lub nieznaczącego wytwarzamy w naszym umyśle sankary. Wkładem Gottamy Buddy w rozwój ludzkości było odkrycie jak się z tych sankar oczyścić. Jak przestać generować nowe, szkodliwe produkty nieświadomego umysłu i jak wydobyć na powierzchnię stare złogi, a następnie: pozbyć się ich.

Na tym właśnie polega vipassana.

Vipassana jest techniką, jest narzędziem do pracy z umysłem. Nie jest sektą, nie jest religią, nie jest wierzeniem, dogmatem, tradycją.

Jest doświadczeniem: logicznym, naukowym i czystym.

Reportaż o wrażeniach z ośrodka: https://kolorkajet.com/2020/09/16/vipassana/

Medytacja vipassany polega na obserwowaniu doznań w ciele. W każdej chwili tryliony drobnych, subatomowych cząsteczek zwanych w pali kallapa przechodzą przez nasze ciało, rodzą się i zanikają. To, co zachodnia nauka potwierdziła dopiero w latach 60′ XX wieku, Budda wiedział już 2500 lat wcześniej. Nie musiał do tego budować specjalnego przyrządu, ani wykonywać skomplikowanych chemicznych obliczeń. On doświadczył tej prawdy w swoim ciele.

Wszystko jest wibracją, falą. Nasze ciała, ściany, dźwięk, wi-fi, mikrofale, makrofale etc. To oczywiście nie oznacza, że możemy podejść do ściany, powiedzieć sobie wcześniej, że wszystko jest wibracją, po czym kopnąć w mur z całej siły wierząc, że nasza noga przejdzie na wylot. Też jesteśmy cząstkami, ale nasze ciała mają wibracje, które wydają się naszym zmysłom być stałe. Na jakiś czas.

Weźmy płomień świecy: kiedy uważnie mu się przyjrzymy, dostrzegamy, że pojawia się on i zanika, choć z dala wydaje się, że świeca płonie nieprzerwanie. Światło z żarówki, ono także, cząstki światła pojawiają się i zanikają. Robią to jednak tak szybo, że nasze oko nie jest w stanie dostrzec różnicy i odbiera takie światło za nieprzerwane. W rzeczywistości jednak jest ono niczym innym jak pojawiającą i zanikającą z chwili na chwilę falą.

W nas, jak już wspomniałem także wibrują tryliony cząstek. Jeśli w to nie wierzysz, okej, ale chyba musisz wierzyć w komórki? Komórki nabłonkowe, mięśniowe, nerwowe itd.? Z czego składają się te komórki: mają ściany, mitochondria, rybosomy, lizosomy itd. A z czego składają się te rybosomy? Z rRNA i białek. A z czego te białka? I tak dalej. Możemy dzielić do atomu. A następnie elektronu, protonu, neuronu. Dalej na kwarki. A i między kwarkami znalazłoby się jeszcze miejsce. Co istnieje między kwarkami. Istnieją kalapa. Ale to tylko kwestia nazwy. Taka, czy inna, to nieważne, liczy się sens.

Vipassana pozwala odczuć zachodzące w nas wibracje. Pozwala zrozumieć je nie tylko na poziomie intelektualnym, te wibracje naprawdę zaczyna się odczuwać.

Ty odczuwasz je w tej chwili: to ból, to chłód na palcach, pulsowanie skroni. Są to jednak doznania ciężkie, aby odczuć te lżejsze, te prawdziwie subtelne, miliony dotknięć sprowadzone do jednej chwili należy odpowiednio medytować.

Czy vipassana jest zatem zabawą w doznania?

Absolutnie nie! Istota nauki leży w tym, ażeby przestać nawykowo reagować na odczuwane bodźce. Przestać interpretować je jako przyjemnie bądź nieprzyjemne, jako te do których odczuwamy przywiązanie lub niechęć.

Tak właśnie postępowaliśmy całe życie.

Podstawą vipassany są dwie cechy umysłu: zrównoważenie i spokój. Kiedy podczas siedzenia z zamkniętymi oczami pojawią się doznanie: nie reaguj. Nagle uderza cię silny ból nóg: nie reaguj. Kłucie w piersi: nie reaguj. Przyjemne dreszcze: nie reaguj. Słodycz w żołądku: nie reaguj.

Dlaczego mam nie reagować na przyjemność?

Ponieważ tak postępowałeś\aś przez całe życie i to właśnie było przyczyną Twojego cierpienia. To nie oznacza, że po jednym kursie vipassany przestaniemy być absolutnie czuli na świat i od teraz nawet kiedy samochód przejedzie nam po stopie albo hulajnoga z rozpędzonym grubasem wbije się w nasze plecy zareagujemy wyłącznie spokojnym uśmiechem. Nie! Właściwie vipassana nigdy nie oznaczała bierności, czy unikania stanowczych reakcji. Nie jest ona także ucieczką, sposobem na oddalenie się od społeczeństwa czy apatią. Wręcz przeciwnie: jest sztuką życia, bycia aktywnym i troskliwym dla innych, przedstawię na to jeszcze dowody.

Ale wróćmy do techniki: okej, załóżmy, że nie reaguję na bodźce, przyjemne, czy nieprzyjemnie, nie reaguję. Bolą mnie nogi: nie reaguję, odczuwam przyjemne wibracje, nie reaguję. Zachowuję spokój i równowagę umysłu.
W jaki sposób ma mi to pomóc w jego oczyszczaniu?

Przykład: kiedy przestajesz jeść, przechodzisz na głodówkę, Twoje ciało nie umiera. Nie jesz jeden dzień, drugi, trzeci, wszystko jest w porządku. Możesz nie jeść nawet dwa tygodnie, czasem miesiąc, w niektórych przypadkach dwa miesiące bez jedzenia. Dzieje się tak, ponieważ Twoje ciało zużywa nagromadzone zapasy: tłuszczów, białek, węglowodanów, spala to, co zgromadziło wcześniej. I choć nie dostarczasz nowego pożywienia ciało nie przestaje istnieć.

Podobnie jest z ciemnym umysłem. Kiedy przestajesz dostarczać mu pokarm jakim są reakcje na bodźce, on nie przestaje istnieć. Zaczyna wydobywać zatem stare, nagromadzone głęboko sankary: niechęci lub przywiązania. One objawiają się następnie jako doznania w ciele.

To nie tak, że kiedy zaczynasz odczuwać swędzenie na lewej ręce myślisz jednocześnie: o! to jest sankara zazdrości wobec mojego sąsiada, albo kiedy czujesz przyjemne wibracje w stopie rozumiesz: a! to ta Marysia z 6c, która mi dała całusa na sali gimnastycznej. Nie. Sankary, złogi przywiązania i niechęci wydobywają się z nas i objawiają w ciele. Kiedy przestajemy na bodźce ciała reagować, stare zapasy zużywają się i rozpływają.

To było odkrycie i wkład Buddy w rozwój świata. Zanim stał się oświeconym, w wieku 35 lat, próbował wielu różnych technik, popularnych podówczas w Indiach.

Wiele z nich zakładało sīla – moralność, jest to także fundamentem vipassany. Inne postulowały samādhi – właściwy rodzaj skupienia, to jest drugi element vipassany. Nie istniała jednak wtedy paññā – mądrość dzięki wglądowi, w znaczeniu praktycznym, w znaczeniu doświadczenia. Istniały jedynie zapiski o niej.

Budda na nowo odkrył technikę, dzięki której człowiek może doświadczać trzech głównych szprych koła dhammy: sīla, samādhi i paññā. Ta technika nazywa się vipassana i to ogromne dobrodziejstwo, że dzisiaj możemy korzystać z jej dobrodziejstw.

Więcej na temat vipassany, dhammy, Buddy oraz S.N. Goenki dowiesz się ze strony: https://pallava.dhamma.org/pl/

Znajdziesz tam także informacje na temat prowadzonych kursów i tego w jakim sposób można się na nie zarejstrować.

May all beings be happy!

Piotr Sarmini | sarmini@kolorkajet.com

Kategorie
Bez kategorii Reportaż

Wrażenia z wysiedzenia

z notatek:

Życie jest za krótkie na chujstwo
Cuda się przydarzają
Patrząc na innych, pytaj sam siebie: co mogę zrobić dla tego człowieka?
Oczywiście, że mogę być lepszym pisarzem niż Szczepan Twardoch
Sexi jestem

Ty, siedzisko, sala i sto godzin medytacji przed Tobą. Masz na to 10 dni. Strumienie świadomości wystąpią z brzegów i zamienią się w dziki, rwący potok pędzący wprost w odmęty szaleństwa. Jeśli nie dasz się zatopić – wypłyniesz na Ocean Spokojny.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu – przyroda w okolicach Dhamma Pallava

13 września 2020 roku ukończyłem swój trzeci kurs medytacji vipassana1. Jest to perspektywa, która pozwala uniknąć pewnych wypaczeń, których z pewnością doświadczyłem po kursie pierwszym w 2018 roku. Jednocześnie nie jestem jeszcze tak doświadczony ani tak zblazowany by mówienie o kursie powierzać jedynie nauczycielom. Postawiłem na drodze dhammy kilka kroków i chciałbym o nich opowiedzieć.

Kiedy wyjeżdżałem do Dziadowic2 późną jesienią 2018 roku, decydując się powierzyć swoje życie nieznanym ludziom z organizacji o egzotycznie brzmiącej nazwie po środku wielkopolskiego lasu, targały mną pewne wątpliwości. Jeszcze większe niepokoje przeżywałem jednak w domu: siedziałem sam, w pustym mieszkaniu, przegrany, spłukany do zera. Debiut pierwszej powieści nie przyniósł spektakularnego sukcesu, a praca nad czymkolwiek niezwiązanym z literaturą zdawała się być bezcelowa. Piłem i paliłem zdecydowanie zbyt wiele, głowę nurzałem w komputerze i rozproszeniu, chciałem porzucić studia, a z każdą chwilą szare kłęby chaosu pęczniały zasłaniając horyzont. Czułem, że tracę kontrolę i zaraz upadnę, bardzo nisko i bardzo boleśnie, ale nie potrafiłem zatrzymać rozpędzonego koła cierpienia. „Silne postanowienia” pękały pod naporem nikotyny i apatii. Pisanie stawało się wymówką, pretekstem, do tego by kryć się przed światem w rozgoryczeniu i żalu Wszystko trwało w nieokreślonych barwach, a nadciągająca zima mogła przynieść jedynie cięższą depresję.

Pojechałem bo nie miałem niczego do stracenia.

Do forda focusa wpakowałem plecak i poduszkę do medytacji, potem zebrałem jeszcze trzy osoby i ruszyliśmy w nieznaną drogę słuchając na przemian płyt Białasa i PRO8L3Mu. Dopiero przy ludziach uświadomiłem sobie jakiej patologicznej muzyki słucham. Jej wersy zapisane trwale w mojej pamięci będą powracać do mnie zwielokrotnione podczas medytacji.

Skręcamy w ciemny las, opowiadając sobie historie o grzybach i szeptuchach. Na jednej z sosen wisi tabliczka z napisem: Dhamma Pallava. W absolutnej ciszy dojeżdżamy do ośrodka.

Pierwsze wrażenie, które towarzyszy mi za każdym razem, gdy wkraczam w świat Dhamma Pallava to spokój i harmonia. Dwa „skrzydła ptaka”, na których powinien opierać się umysł podczas medytacji, tutaj zawarte są w każdym przedmiocie, budynku, roślinie, klamce, kafelku, talerzu.

Polska ma wyjątkowe szczęście, ponieważ tutejszy ośrodek został wybudowany całkowicie od podstaw – działa od września 2017 roku.

Należy do jednych z najnowocześniejszych i najbardziej komfortowych na świecie. Każdy uczeń na czas kursu otrzymuje własny pokój wraz z łazienką. Sprzyja to introspektywnemu charakterowi vipassany oraz przestrzeganiu jednej z zasad – Szlachetnego Milczenia. Wspólne spotkania odbywają się na sali medytacyjnej oraz na stołówce. W tych miejscach także należy zachowywać powściągliwość, oczywiście nie rozmawiać, ale także nie patrzeć na innych uczniów, nie komunikować się z nimi w żaden sposób, należy się zachowywać tak jak gdyby przebywało się samemu. Dlatego, kiedy ktoś nie przytrzyma ci drzwi nie jest to w żadnym wypadku przejawem nieuprzejmości. Osobiście uwielbiam Szlachetne milczenie, dzięki niemu ośrodki dhammy są chyba jedynymi miejscami na świecie, w których należy omijać ludzi wzrokiem, nie rozmawiać i udawać jakby ich w ogóle nie było, a nie zostanie to odebrane jako przejaw wyższości czy ignorancji. Jest to mały raj dla introwertyków.

Kobiety i mężczyźni są dzieleni na dwie strefy, tak aby przez 10 dni ich kroki nie przecinały się w choćby jedynym miejscu. Stanowi to ogromną pomoc w medytacji i utrzymywaniu należytej koncentracji.

Należy oddać telefon w celu otrzymania przydziału do domku, ale zanim to się stanie trzeba jeszcze raz przeczytać kodeks dyscypliny, regulamin i zaakceptować wszystkie jego warunki.

Szczegółowe zasady są dostępne dla wszystkich: https://www.dhamma.org/pl/about/code

Około godziny 17:00 dnia 0 wszyscy – nowi i starsi uczniowie spożywają skromny posiłek, następnie odbywa się zebranie organizacyjne, prowadzący jeszcze raz pyta, czy każdy jest w stanie przestrzegać zasad.
Uczniowie udają się do sali medytacyjnej, gdzie rozpoczyna się właściwy kurs.

Kilka słów o technice vipassany: https://kolorkajet.com/2020/09/17/vipassana-kilka-slow-o-technice/

Na sali obecny jest nauczyciel, jego rola podczas kursów jest dużo skromniejsza niż mogłoby się wydawać. Właściwym nauczycielem techniki jest S.N. Goenka – genialny człowiek, który zasiał ziarno dhammy w świecie wywożąc ją z Birmy do Indii, a następnie dalej, na Zachód i przyczynił się do powstania blisko 200 ośrodków, niezliczonej ilości publikacji i wykształcenia setek nauczycieli. Dzięki jego naukom z vipassany skorzystało już ponad milion ludzi. Głos Goenki, który zmarł w 2013 roku, jest odtwarzany przez audio lub formie video. Wykłady prowadzone są po angielsku i zawsze są też tłumaczone na język lokalny, podobnie jak instrukcje do medytacji. Forma nagrań zapobiega zmianom w przekazie, sprawia, że wszystkie kursy oferują identyczny standard – niezależnie od tego czy odbywają się w Nepalu, Teksasie czy Szwajcarii każdy uczeń usłyszy dokładnie te same instrukcje i wykłady.

Jednak rola obecnego na kursie nauczyciela jest również bardzo istotna. Rozmawia on, w krótkich słowach z uczniami pytając ich o technikę i upewniając się, że na pewno dobrze ją stosują. Każdy może się także wpisać na indywidualną pięciominutową konsultację by ugasić ewentualne wątpliwości.

Każdy z kolejnych 10 dni wygląda bardzo podobnie. Pobudka następuje o 4.00, o 4.30 rozpoczyna się pierwsza medytacja i trwa do 6.30. Wtedy je się śniadanie, przygotowane przez służących dhammie wolontariuszy – każdy, kto ukończył jeden 10 dniowy kurs może usugiwać dhammie. Cała organizacja opiera się całkowicie na uczniach, którzy doświadczyli dobrodziejstw praktyki i teraz pragną umożliwić ją innym. Polska Fundacja Medytacji Vipassana jest organizacją pożytku publicznego, żadna z pracujących w niej osób – od zarządu, administracji i księgowości, po ogrodników i sprzątaczy nie pobiera żadnych pieniędzy za swoją służbę. Dla jasności – bardzo niewiele osób pracuje wyłącznie dla dhammy, większość to osoby, które prowadzą normalne, zdrowe społecznie życia, a dla organizacji pracują po kilka dni w roku. To ilość wolontariuszy i wysoka jakość ich pracy, a także autentyczne zaangażowanie stanowią fundamenty funkcjonowania wszystkich ośrodków.

Dzień ma jeszcze trzy wyraźne etapy – obiad o godzinie 11.30, przerwa na cytrynowo-imbirowy napar o 17.00 i wieczorny wykład o godzinie 19.00 – dla mnie moment najbardziej wyczekiwany, w którym można zetknąć się z prawdziwym słowem i wysłuchać niezwykle interesujących anegdot S.N. Goenki.

Na spoczynek człowiek udaje się o 21.30 i startuje na nowo kolejnego dnia od 4.00. Wbrew pozorom nie jest to szczególnie męczące, choć tak wcześnie świecą jeszcze gwiazdy, ludzie są wypoczęci i zwykle pełni dobrej energii.

Kluczem w praktyce vipassany jest sīla – podstawa moralna. Każdy uczeń musi na czas kursu:

  1. Wstrzymać się od zabijania
  2. Wstrzymać się od kradzieży
  3. Wstrzymać się od kłamania
  4. Wstrzymać się od aktywności seksualnej
  5. Wstrzymać się od zażywania substancji psychoaktywnych

Z takiej silnej podstawy moralnej rodzi się samma samādhi – właściwa koncentracja, która umożliwia pełniejszą pracę nad techniką. Z koncentracji z kolei rodzi się paññā – mądrość dzięki wglądowi. Jest to mądrość na poziomie doświadczenia o niestałości i przemijalności wszystkich zjawisk, a także o działaniu prawa dhammy.

Prawo dhammy: 1. Unikaj niewłaściwego postępowania 2. Czyń to co właściwe 3. Oczyszczaj umysł

Prawo dhammy – natury, każe ludzi, kiedy je łamią i nagradza, kiedy postępują właściwie. Przykładowo: jeśli ktoś dokonuje morderstwa, to musi w sobie wygenerować ogromne ilości nienawiści i agresji – krzywdzą one jego, zanim jeszcze spotkają się z ofiarą. Kolejne konsekwencje morderstwa, nawet pomijając aspekty prawne, są tak daleko idące, że człowiek, który zamordował jest karany przez dhammę i swój umysł przez bardzo długi czas.

Nawet jednak na mniejszym poziomie dobre uczynki i emocje nagradzają nas, a złe karzą.

Staje się to jasne w miarę robienia postępów na ścieżce.

Dziesiątego dnia praktykuje się dla odmiany mettę – dobre życzenia dla wszystkich istot i siebie. Wtedy też o 9.00 rano kończy się Szlachetne Milczenie, a sto osób, które przez dziesięć dni żyło jak mnisi i mniszki w końcu może się spotkać i porozmawiać. Są to szczególne rozmowy, pełne życzliwości i ciepła, także ekscytacji z doznanych doświadczeń. Wszystkich przepełnia chęć podzielenia się dhammą z innymi ludźmi.

Na tegorocznym kursie rozmawiając z jednym Holendrem stwierdziliśmy, że czujemy się jakbyśmy byli na kwasie – wszystko jest piękne, lśniące, ludzie współodczuwający a natura życzliwa. Jest niesamowitym doznaniem przebywać wśród tylu czystych ludzi, samemu będąc niezwykle lekkim i wolnym od moralnych trosk.

Kurs kończy się rano jedenastego dnia. Można też wtedy ofiarować datek na działanie fundacji, z intencją ażeby inni ludzie mogli też skorzystać z podobnego kursu i odnieść z niego korzyści. Ośrodek utrzymuje się wyłącznie z danin, a pełne raporty finansowe i stan kont są publikowane na stronach internetowych oraz w biuletynie.

Komórki zostają oddane i spływają na nie tysiące powiadomień. Osoby, z którymi rozmawiam mówią, że wcale za telefonami nie tęskniły. Wobec tej chwili obecnej, spoglądania na ogród i las, wobec szczerych, uśmiechniętych ludzi, te elektroniczne kostki zdają się być czymś wyjętym z innego świata, do którego wcale nie ma się ochoty wracać.

Każdy sprząta własny pokój i łazienkę oraz może zapisać się do pomocy w ogarnianiu ośrodka na kolejny kurs – umycie kuchni, sali medytacyjnej itd. Trwa to mniej więcej do godziny 9.00 po czym wszyscy rozjeżdżają się domów – często w nowym towarzystwie, inną drogą niż trafili tu wcześniej.

Promieniowanie, którym się potem oddziałowuje na innych jest magiczne. Chociaż nie, ono jest dhammiczne – działa i przynosi korzyści Tobie i innym. Ale o tym można się przekonać jedynie na drodze osobistego doświadczenia.

Więcej o prowadzonych kursach można dowiedzieć się ze strony polskiego ośrodka medytacji: https://pallava.dhamma.org/pl/

autor: Piotr Sarmini | sarmini@kolorkajet.com